wtorek, 1 września 2015

1

Łany zbóż niczym złote morze delikatnie falowały, kładąc się jeden na drugim i muskając wyrastającymi z każdego końca włoskami. Kłosy nie przeważały swoją ciężkością nad pozostałymi, które zdążyły wyrosnąć i sięgać złotym czubkiem błękitnego nieba. Wydawały się takie delikatne i łamliwe, a zarazem silne i nieustępujące w dalszej, naturalnej gonitwie. Każdy z osobna mógł nawet przywodzić na myśl biednego mieszkańca wsi czy miasta. Czymże był w ogromie niegodziwości i niesprawiedliwości, jak tylko samotnym kłosem zboża, na tle pozostałych – takich samych jak on. Czym mógł być w obliczu szalejącego, silnego wiatru, który sprawiał, że łany tańczyły, tak jak on im zagrał? Co się mogło z nimi dziać podczas gradobicia, które swą siłą niszczyły nowo narodzone plony? Życie zdawało się kruche i niestety zależne od innych elementów, budujących świat. Pośród okazałych kłosów, których dojrzałe ziarnka przybrały rozmiary małego paznokcia, na światło dzienne wyodrębniły się pojedyncze kwiaty maku polnego oraz chabru. Pole oblane czystym i lśniącym złotem, przyozdobione delikatnymi kolorami krwistej czerwieni oraz granatu, przywodziło na myśl barwną mozaikę ludzi, zwykle znajdujących się na kolorowym i głośnym jarmarku. Przybrani w różne barwy i zachowujący się w specyficzny sposób byli atrakcją dla gawiedzi wiejskiej. Podobnie było z pięknym obrazem pola – ono również było miłym i ciepłym elementem dla oka, zwłaszcza młodego, które na co dzień musiało doznać wielu krzywd, spotkać się z nieuczciwością oraz niedostatkiem. Na niebie nie znajdował się nawet jeden obłok, który mógłby zwiastować nadejście burzy. Zarówno tej charakteryzującej się wyładowaniami elektrycznymi i potężnymi ulewami deszczu, jak i tej, która mogła w pewien sposób zwiastować kłopoty.
Postronny obserwator mógłby mieć wrażenie, że pośród falujących łanów pszenicy coś się poruszało. Kształt przywodzący na myśl kobiece kształty. Stojąc bokiem zarysowała się wydatna pierś postaci, która uwolniła się spod jarzma grubej tkaniny, w którą była przyodziana. Postrzępione i połamane kosmyki włosów wciąż miały barwę czystego złota, których kolor podkreślały południowe promienie słońca. Zarówno włosy, jak i stara, lniana tkanina łopotały na wietrze w rytmie falowania łanów pszenicy. Na małej głowie postaci widniał wianek, w którego skład wchodziły chabry, maki, a także o dziwo - niezapominajki. Niektóre z kwiatów zdawały się więdnąć, pozostałe wyglądały jakby były świeżo zerwane. Tajemnicza postać dzierżyła w kościstej dłoni srebrny sierp, który oślepiał swoim nad wyraz bolesnym blaskiem. Jej chude palce, niczym macki zacisnęły się mocniej na drewnianej rączce narzędzia rolniczego. Do czego był jej potrzebny? Z pewnością nie pomagała rolnikom w ich trudnej doli. Skóra kobiety była zeschnięta i pomarszczona, bezpośrednio przylegała do kości. Nie było śladu po jakichkolwiek fragmentach mięsa czy mięśni. Każda część ciała została spalona przez słońce, co sprawiało, że nieznajomą doświadczyły o wiele cięższe warunki od harujących w polu rolników. Jej wąskie usta wykrzywiły się w słabym uśmiechu. Zapadnięte i wyschnięte policzki, a także wystające kości policzkowe jedynie utrzymywały drobną warstwę skóry. Zapewne, gdyby kości były ostrzejsze mogłyby przedziurawić już i tak przetartą powłokę. Oczy posiadała zapadnięte. Czarne plamy wokół mętnych zwierciadeł ozdabiały przekrwione białka. Tęczówki straciły swój pierwotny kolor i zdawały się być wyblakłe. Południca – bo tak ją nazywali mieszkańcy okolicznej wioski była złym duchem, który nawiedzał okoliczne pola. Trudno ją nazwać dobrą z tego względu, iż zależenie od kaprysu, porywała dzieci dla swych niecnych celów. Dzięki swym mrocznym czarom
i kontaktom ze światem podziemnym potrafiła rzucać klątwy czy negatywne odczucia na ludzi, w postaci doskwierających bólów głowy czy udarów. Lubowała się także w kuszeniu młodych rolników, kiedy to przybierała postać młodej dziewicy, nie przypominającej już przeklętego demona z zeschniętą skórą i wystającymi kośćmi. Wtedy sprawiała wrażenie zupełnie innej. Być może miała powiązania z diabłem? Być może podpisała z Mrocznym pakt, który zezwalał jej na przybranie dawnej postaci, podarował całą gamę umiejętności, ale jednocześnie przeklął za grzechy, które popełniła. Polne demony, którymi właśnie były południce nie rodziły się z piekielnych odmętów czy diabelskich obłoków. Przeklęte dusze młodych kobiet, które popełniały samobójstwa na masową skalę, zabijały własne nowo narodzone dzieci, zdradzały mężów, wznosiły modły dawnym bogom i odprawiały rytuały ku ich czci czy też knuły spiski przeciwko samym sobie, nie doznawały zbawienia. Najczęściej, jeżeli dowiedziały się o tym osoby postronne, musiały cierpieć katusze. Nieraz we wsi trafił się przygodny kłamca, donosiciel, dla którego przekazywanie informacji o wyczynach owych kobiet należało do najlepszego rodzaju rozrywki. Owe informacje przekazywał bezpośrednio w najbliższym mieście przedstawicielom Zakonu Czystości. Niejednokrotnie w okolicznych wsiach zjawiali się żołnierze, zakuci w zbroje od stóp do głów z kapłanem na czele, który skrywał swoje oblicze pod ciężkim oraz długim kapturem. Na grube, obwisłe policzki oraz podwójną brodę padał cień. Nos, a także zapadnięte oczy były dostępne jedynie dla członków Zakonu. Do samych mieszkańców zwracali się z pogardą i nienawiścią, uważając ich za ludzi niższej kategorii – brudnych, umorusanych ziemią, posiadających skrawki ziemi za paznokciami
 i pachnących nie lepiej niż uliczni żebracy i pijacy. Niektórzy z miejscowych patrzyli na nich z powątpiewaniem czy służą odpowiedniej sprawie, inni z obawą o własne życie, jednak największa część z nienawistnym błyskiem w oku. Niezmiennie od niepamiętnych już czasów lepiej sytuowani bądź wykształceni ludzie nie wzbudzali sympatii wśród niewyedukowanych i nieprosperujących bogactwami rolników. Zwłaszcza, jeśli z ręki właśnie tych rycerzy, którzy chlubili się honorem
i kodeksem Zakonu, wiejskie kobiety umierały niczym kury czy kaczki od cięcia toporkiem. Dla owych rycerzy umieszczenie zwykłej, wiejskiej kobiety na kawałku żelaznej bali i podpaleniu jej na wzniesieniu poza obrębem wioski, nie sprawiało większej trudności. Łatwo było udowodnić hołocie wiejskiej, że jest winna swoich czynów, jedynie poprzez jasność ognia zostaną uświęceni, a wszelkie ich grzechy zostaną im wybaczone. Nie miało to nic wspólnego z prawdą. Ludzie ginęli, będąc niewinnymi, a Zakon chlubił się ofiarami oraz spływającą krwią, wsiąkające w złote pola pszenicy, którymi opiekowali się umierający. Lecz czy tak musiało się dziać za każdym razem? Czy z powodu kaprysu najwyższego kapłana siedzącego na samym szczycie hierarchii wciąż musieli ginąć niewinni ludzie, którzy mimo swej ciężkiej pracy na rzecz pana wierzyli w swoje ideały?

W chwili błogiego, niezmąconego spokoju, codziennych obowiązków i jedynie lekkiego powiewu wiatru nastąpił potężny wybuch, który zakłócił dotychczasową sielankę rolników, doglądających jedynie rozwijających się i pączkujących roślin. Potężny wybuch wprawił w ruch masową falę wiatru, która uderzyła z całym impetem w znajdujących się najbliżej ludzi. Ci poupadali w jednej chwili, niczym szmaciane lalki. Nawet polny demon – południca zakręciła się wokół własnej osi, tworząc wir powietrzny i zniknęła. Pozostawiła po sobie jedynie swąd spalonych włosów.
Ponad słomiane dachy domów uniósł się zielony płomień, starający się przykryć powierzchnię nieba. Jego zielone macki nieudolnie próbowały lizać płynące na wschód białe obłoki. Sam płomień, jakby wyrastający zza wzgórza, zdawał się walczyć ze samym sobą. Poszczególne części kąsały siebie nawzajem – był to odwieczny podniebny taniec, w którym tancerze nie oszczędzali swego partnera. Pozostała część mieszkańców wioski, do której nie dotarła fala uderzenia, udali się pędem w miejsce, z którego wydobywał się tajemniczy płomień, wprowadzający nastrój niepokoju. Co więcej, społeczeństwo wiejskie nie starało się skryć przed niebezpieczeństwem, lecz ujrzeć źródło tajemniczego i niecodziennego zjawiska. Pomiędzy kobietami i mężczyznami pojawiło się szemranie oraz zaniepokojone spojrzenia, pełne obawy i lęku. Niepokój przybrał na sile w szczególności, gdy znaleźli się na miejscu, które przybrało wygląd pobojowiska. Nieznanym sposobem płomień zniknął bardzo szybko, tak jakby wcale się nie pojawił. Na środku zagrody znajdowała się wypalona plama, na której pozostała jedynie resztka jałowej ziemi. Nieopodal niegdyś mieściła się drewniana chata, z której pozostały jedynie zgliszcza. Część desek dopalała się w wolnym tempie, z reszty pozostał jedynie popiół. Gdzieniegdzie tlił się samotny płomień, rzucający niezwykły zielonkawy blask. Po jakimkolwiek domowym ognisku nie pozostał praktycznie żaden ślad.
W powietrzu unosił się smród palonego drewna oraz przypalonego ciała. Był on także urozmaicony wonią siarki, która mogła jedynie zwiastować ingerencję diabelskich sił. Kobiety starały się zatykać nosy fartuchami, których rąbki mięły w pomarszczonych dłoniach, mężczyźni zgodnie poprawili słomiane kapelusze mieszczące się na ich głowach. Barczysty wieśniak zakręcił na palcu bujne wąsy pod nosem, po czym mocniej chwycił widły, które dzierżył w dłoniach. Ustawił się w pozycji bojowej, wyciągając narzędzie do przerzucania gnoju na długość dwóch palców. Jedna z kobiet pisnęła, druga zaś krzyknęła, starając się stłumić dźwięk wydobywający się z jej ust. 
W oddali zdawało się słyszeć kwilenie oraz pojękiwanie.
-To miejsce jest przeklęte. Chodźta lepiej do chałup. Zajmie się nimi Zakon. To nie robota dla nas – rzucił jeden z chłopów, który nie był pewny czy jego znajomy robi dobrze, zbliżając się do zgliszczy.
-Słyszę płacz. To pewno lament zielarki i jej córki. Obie zginęły w pożarze. Teraz ich dusze będą unosić się nad tym miejscem. Biada nam, oj biada – zaczęła lamentować kobieta z pokaźnymi ciemnymi plamami pod oczami i z głową owiniętą czarną chustą z frędzelkami.
-Cicho! – zagrzmiał mężczyzna z widłami. Wystarczyło tylko spojrzenie jego ciemnych, wielkich oczu, w których tliły się gorzejące ogniki, a większość z obecnych opuściła głowy i patrzyła w czubki swoich umorusanych palców. Nie zważając na protesty pozostałych, wieśniak zbliżył się do czarnych desek i odrzucił kilka czubkiem wideł. Sam nie wiedział do końca po co to robi, ale czuł, że tak trzeba. Jakaś wewnętrzna siła podpowiadała mu, że powinien zbadać to miejsce i sprawdzić, czy aby na pewno nie pozostawiono żadnych śladów. W końcu był przewodniczącym ławy wiejskiej i odpowiadał za hołotę znajdującą się za jego plecami. Musiał się wykazać odpowiednim rozsądkiem i chłodną głową. Tego oczekiwał od niego dziedzic. Często dojeżdżał do jego dworu i składał raporty dotyczące sytuacji wsi. Zarówno na temat ludzi, kto się opił, kto wszczął burdę, kto wylądował na sianie z zadartą spódnicą. Nie czuł się jak konfident. A czy powinien? Taka była jego praca. Inni brudzili palce w ziemi, a pod ich paznokcie wżerał się brud, on grzebał w brudach innych ludzi. Stety albo niestety, nieraz był świadkiem sytuacji, gdy kobiety, a i także mężczyźni maczali palce w magii i tajemnych praktykach. Palili nocą ofiarne ognie, tańczyli wokół nich, dopuszczali się orgii. Raz miał nawet wrażenie, że wśród dziewcząt w zwiewnych i przezroczystych sukienkach oraz mężczyzn przyodzianych w lniane spodnie znajdowały się także postacie z rogami na głowach, piórami zamiast uszu, a także długimi ogonami, które swym wyglądem przypominały bicze. Co prawda, na początku nie miał pewności czy oczy nie płatają mu figli, a wyobraźnia za bardzo się nie zagalopowała. Jednak takie sceny się powtórzyły, a wtedy nie miał już wątpliwości czy czyni dobrze. Wiedział w głębi, że te informacje będą niezwykle istotne. Podobnie. teraz miał takie samo wrażenie. Jego intuicja podpowiadała mu, że ogień, który pojawił się na niebie nie był zwykłym pożarem, a stało za tym coś zupełnie więcej.
Postąpił kilka kroków i zajrzał w miejsce, które prawdopodobnie spełniało funkcję kuchni z paleniskiem, wielkim łożem oraz kredensem pełnym buteleczek i słoików. Taki obraz pojawił się w jego głowie, gdy przypomniał sobie swoją ostatnią wizytę
u żyjącej zielarki.

Lecz to, co w tej chwili tam zobaczył, zaparło mu dech w piersi. Samotna kropelka spłynęła po jego skroni i zgubiła się pod drapiącym materiałem koszuli. Miał wrażenie, że dotychczas skołtunione włosy stanęły mu dęba. Z pewnością nie takiego widoku się spodziewał.

2 komentarze:

  1. Oh witaj znowu w świecie aktywnych i piszących! ;)
    Przyznam szczerze, że czuję się zaszczycona faktem, iż to mi przypadnie pierwszy komentarz na nowym blogu (o ile nikt mnie nie uprzedzi!). Wypadałoby jeszcze napisać coś bardzo mądrego i właściwego z czym może być gorzej.
    Przyznam szczerze, że adres brzmi bardzo intrygująco i nieźle komponuje się z napisem na belce :) Bardzo podoba mi się szata graficzna, jest jak najbardziej odpowiednia, nawiązuje zarówno do dwóch elementów, które pochwaliłam wcześniej jak i do tego, co dopiero nastąpi.
    Co do rozdziału- moje zdanie znasz i nie będę się powtarzać, bo z pewnością nie uda mi się wywrzeć na Tobie piorunującego wrażenia :) Jestem bardzo ciekawa jakież to myśli pojawią się w umysłach innych czytelników. Obyś miała ich jak najwięcej! :)
    Ściskam mocno,
    Zakurzona

    OdpowiedzUsuń
  2. Blog został dodany do Katalogu Euforia. Pozdrawiam, taasteful. ♥

    OdpowiedzUsuń